
Największa pomyłka w moim życiu. Wyjeżdżając z Polski uciekłem z deszczu pod rynnę. Do Australii. Część 1.
20 lat temu jako naiwny psycholog myślałem, że stereotypy są niesprawiedliwe i przerysowane. Myślałem, że stereotypy krążące o Australii, jej pedofilach i pederastach to właśnie kolejny niesprawiedliwy stereotyp. Okazało się, że to było niedoszacowanie. Stereotypy to po prostu suma doświadczeń. Prawdziwych. Wato im ufać.
Samo doświadczenie z przekroczeniem australijskiej granicy dało mi do myślenia. To jak przejście graniczne w jakimś egzotycznym reżimie. Bardzo militarystyczne. Ciarki mnie przeszły i nie tylko po plecach. Pierwsze dni - wykupiłem kurs doszkalający mój angielski. Prywatna szkoła językowa, zaliczyłem takich wiele. Ale ta pierwszego dnia rozdaje ulotki dla zagranicznych studentów o sposobach radzenia sobie… z przemocą na ulicy. Wygląda na to, że Australia to biała dzicz. Na moich oczach tłum nastolatków w pociągu linczuje innego. Wiem, że tu nie wytrzymam. Kurs doktorancki zaczyna się od zajęć, które miałem na… pierwszym roku psychologii w Polsce. Teraz już wiem, że nie wytrzymam i że nie warto.
Wyjeżdżam w końcu na Wyspę na Pacyfiku, będę pracował dla Amerykanów. Ulga, po pierwszych sesjach z amerykańskimi superwizorami jestem zachwycony. Ale zaraz dowiaduję się, że na Wyspie pracuje australijski psychiatra. Mamy z jego usług korzystać. Mam się z nim spotkać. Zapraszam na kawę. Siadamy i jeszcze w sumie nie usiadłem dobrze, a pierwsze co słyszę, to że “muszę uważać z moimi pacjentami - nastoletni chłopcy - bo tutaj legalny wiek zgody na seks to 18 lat”. Myślę sobie, że to jakiś hardcorowy żart i że może być zabawnie. Po kilku minutach wiem, że rozmawiam z regularnym pedofilem. Który raz w swojej karierze?! Po 10 minutach już mnie nie ma. Jestem wstrząśnięty. Wiem jak ten biznes działa i że sam telefon do szefa nie pomoże. W psychoterapii unika się skandali. Za wszelką cenę. Siadam do komputera i piszę maila o doświadczeniu z psychiatrą australijskim do wszystkich rodziców, a szefa tylko dodaję do maila. Następnego dnia dowiaduję się, że wszyscy pacjenci mają wrócić do rozmów wideo ze swoimi amerykańskimi psychiatrami. Udało się. Bez zamiatania pod dywan, jak to zawsze ma miejsce w tym zawodzie. Przez jakiś czas szef jest naburmuszony. Za to odwiedzający rodzice wciskają mi napiwki. Dzieci nadały mi przydomek Terminatora - po pracy przyglądam się w lustrze, nawet mi pasuje, do twarzy mi z tym.
Przez kilka lat współpracuję z najlepszymi amerykańskimi psychiatrami. Wszyscy są ciekawi moich opinii i odnoszą się do mnie z szacunkiem, jakiego nie doświadczyłem wśród zakompleksionych polskich lub australijskich szarlatanów.
Wtedy jeszcze myślę sobie, że po prostu mam pecha do Australii. Jeszcze nie wiem, że to dopiero rozgrzewka. To przełomowy moment w mojej psycho-karierze: uświadamiam sobie, że wszyscy psychiatrzy i psychologowie, jakich poznałem są wyjątkowo brzydkiej urody. Brzydkie charaktery to tylko naturalna konsekwencja tej organicznej brzydoty. Tchórzostwo jest powszechne. Po pozbyciu się australijskiego idioty mam kilka lat spokoju na Wyspie.
Potem przysyłają nowego terapeutę. Tym razem proszę profesjonalistów o sprawdzenie jego historii. Jest w kalifornijskim rejestrze przestępców seksualnych. Kokaina z nastoletnimi dziewczynkami. Basta! Muszę zmienić pracę, chłopcy sobie poradzą, w końcu to nie dziewczynki. Muszę zmienić tło. Ale żeby zostało tropikalnie. Moje kości lubią ciepło. Od kliku lat nie miałem też ani jednego przeziębienia. Jedyna korzyść wyjazdu z Europy to tropikalne temperatury. Wszystko inne to Smutek Tropików i drogi przez mękę. Wielopasmowe i wielokrotnie krzyżowane. Kolizyjnie! Bez świateł i po omacku.
Po Ameryce przenoszę się do tropikalnej Australii. Na pożegnanie ojciec amerykańskiego klienta zbywa mnie swoją obserwacją z podróży po Australii - Australia to Wielkie Nic. Ale nic sobie z tego nie robię. Jestem w rezerwacie dla Aborygenów. Uwielbiam myśl, że jestem dwie godziny awionetką od najbliższej szosy.
Tutaj, jak na Papui dzieci to po prostu zabawki seksualne więc wszystko jest jasne. W okropnych ludziach doceniam ich szczerość. Nic dziwnego, że do dziś Australia to atrakcja turystyczna, która przyciąga pedofilów z całego świata. Nawet tych znanych z Polski.
Z awionetki odbiera mnie australijski terapeuta. Po oszacowaniu mnie wzrokiem wybucha śmichem i twierdzi, że nie wytrzymam tu jednego dnia z tymi walizkami Rimowy i butelką Evian. Już wiem, że jego pierwszego się pozbędę. Kiedy otwieram pokój, który mi przypisała szefowa, wiem, że ona będzie kolejna. Jak Terminator to Terminator. Ten tytuł zobowiązuje. Następnego dnia proszę o spotkanie ze starszyzną. Dynamika podoba do tej na Polinezji. Na drugim spotkaniu ze starszyzną mam wszystko ustalone. Po dwóch dniach nie ma już tego “śmiesznego” terapeuty, a po miesiącu policja eskortuje moją nieudolną szefową do najbliższej szosy. Dla jej własnego bezpieczeństwa - przekonują. Okazuję “zaniepokojenie rozwojem wydarzeń” - jak zwykle - a potem idę się wyspać. Przede mną kilka lat świętego spokoju na totalnym odludziu. W tym czasie poznaję historie intensywnej i bardzo charytatywnej pomocy dla Aborygenów ze strony konkurujących w tym względzie misji katolickich i protestanckich. Konkurowały przede wszystkim w ilości takich dobrodusznych pedofilów. Ogromne sprawy o odszkodowania trwają do dziś. Poza terapią przemocy domowej mam zająć się również tym - codzienne rozmowy przez telefon z adwokatami ofiar pedofilii. Po etatowych godzinach prowadzę zdalną prywatną praktykę dla białych Australijczyków rozsianych po całym półwyspie Jork. Jestem zajęty i uwielbiam to. Pracuję codziennie po 10 godzin, co kwartał dostaję tydzień wolnego.
W tym czasie na krótko dołączam do prywatnej praktyki w Cairns. Kupiła ją jakaś lokalna firma i zatrudnia nowych terapeutów. Poprzedni właściciel pomaga w rozwoju biznesu. Przylatuje do Cairns na rekonesans. Przedstawia się jako oddany chrześcijanin. Jako nastolatek “powierzył swoje ciało i duszę Chrystusowi”. Więc od razu robie się podejrzliwy. Na obiedzie firmowym odmawia alkoholu i od razu częstuje wszystkich przy stole szczegółami, że to “czystość dla Chrystusa”, że nigdy nie pił. Raz - opowiada - ktoś poczęstował go cukierkiem o smaku rumu i - żali się przy stole - że musiał go wypluć. Niedobrze mi się robi i stek staje mi w gardle. Rozumiem szacunek dla Chrystusa, ale jakiś minimalny szacunek dla ludzi przy stole też by się przydał. Niestety wszyscy tzw. dobrzy ludzie tak mają. Misja bycia dobrym człowiekiem to taka choroba. Zaczyna się od niedorozwoju umysłowego, a kończy na bezceremonialnym krzywdzeniu innych.
Na dysku wirtualnym firmy znajduję jego “chrześcijańską” korespondencję. To jego notatki z zeznań przed sądem rodzinnym W czasie sprzedaży swojej praktyki został posądzony o wykorzystanie seksualne własnych dzieci podczas wielokrotnych pobytów z nimi w hotelu. W zeznaniach do sądu opisuje pobyt w takim hotelu ze szczegółami. Pod tym plikiem kolejny list jego autorstwa. To list wsparcia i referencje dla jakiegoś innego psychologa również oskarżonego o pedofilię. Googluję tego psychologa - już siedzi. Zaliczył tych dzieci na skalę przemysłową. Same sierotki. Po kliku dniach dowiaduję się, że nowy właściciel naszej praktyki w końcu się połapał. Poprzedni - ten z chrystusową alergią na alkohol od razu wyjechał z Australii. Do Tajlandii. I już nie wróci. Ani kasa stracona na zakup jego pedo-biznesiku. Wszyscy zwalniają się, żeby nie zostać zwolnionym. Szczury i tonący okręt.
Biorąc pod uwagę przemysłową skalę pedofilii w Australii i jej obecność w każdym kościele chrześcijańskim, zastanawiam się skąd w tym prowincjonalnym narodzie nadal takie zainteresowanie chrześcijaństwem. To musi być ten irlandzki i powszechny tu antysemityzm. Gdyby nie historyczna nienawiść do Żydów i fascynacja Hitlerem, irlandzki katolicyzm nie miałby racji bytu. Podobnie jest w Australii - ostentacyjny kartoflany antyintelektualizm i podskakiwanie na każdą negatywną informację zwrotną. Słynna irlandzka chciwości i taniocha przeniesione na grunt australijski. Żart o powszechnym tak w Irlandii jak i w Australii chowie wsobnym naraża człowieka na pięść w pysk. Poza tym trzeba powtarzać, że Australijczycy mają “niebywałe” poczucie humoru. Czy mają? Nie zauważyłem.