top of page
IMG_4729.jpeg

Kolejne sprawozdanie z obowiązkowego dorocznego kongresu obowiązkowego. Sydney.

​

Tym razem jadę sam, bo rozprasza mnie towarzystwo przy bufetach śniadaniowych w hotelach. Sprawdzałem i to jednak nie dla mnie. W tym akurat hotelu na dodatek mają bardzo małe talerze, więc wybory trzeba przemyśleć, albo chodzić w tę i nazad, co niszczy atmosferę. Za to mają morning mimozę, którą wszystkich polewają. Nie chcę uronić ani kropelki. Wprowadzam się w kongresowy nastrój i idę na otwarcie. 

 

Przezornie i odpowiednio dla wieku siadam w ostatnim rzędzie. Dosiada się do mnie pani psycholog, profesor specjalizująca się w seryjnych podpalaczach. Jestem wstrząśnięty zbiegiem okoliczności, bo akurat mam zapalniczkę i motyw. Pytam, czy mogłaby coś pokazać, zaprezentować, że moglibyśmy wyjść na zewnątrz, albo chociaż coś małego w lobby, że mogłaby się pochwalić, ale mówi, że musi tu być, bo to czyjeś prezentacje doktoranckie. Nie nudzimy się jednak, bo zaraz po naszym kongresie w tym samym budynku będzie początek turnieju bokserskiego - pani profesor pokazuje mi w komórce. Na dole już ważą zawodników, więc wychodzimy na siku, żeby popatrzeć. Mówi mi, że ja też powinienem pójść na siłkę i powalczyć. Zawsze na takie dobre rady odpowiadam, że urodziłem się too sexy for fitness, i że nie chcę zepsuć naturalnego efektu. Przytakuje ze zrozumieniem i musimy wracać z przerwy na siku, bo pomyślą, że naprawdę olała ten doktorancki warsztat. Poza tym jest profesorką z luksusowego prywatnego uniwersytetu. To ta sama uczelnia, która wydała podręcznik dla starszych panów o skutecznym uwodzeniu młodych chłopców. Pół wydziału poszło siedzieć. Więc oczywiście musiałem dopytać o szczegóły. 

 

Tak sobie siedzę i patrzę i trochę nawet paczę…

Prawie same kobiety, trochę zahukanych chłopaków. Wszędzie gdzie pojadę jest ten sam porządek. Absolutnie wszędzie. Kobiety często się kłócą, im starsze tym bardziej. Pamiętam krajową specjalistkę od mobbingu w Warszawie. Zawsze po występie w porannych telewizjach śniadaniowych, gdzie opowiadała o granicach, asertywności, empatii  i takich tam, przychodziła spóźniona do pracy. Zawsze słyszałem z pacjentami w gabinecie jak goniła inne, młodsze dziewczyny psycholożki. Tak po bandzie, przy całej poczekalni. Kiedyś wyszedłem i przeklnąłem na cały głos, że tego nie da się już słuchać. Od tego czasu obrażona, nie odzywała się do nikogo tylko do mikrofonu w telewizji. 

 

Z nielicznym gronem mężczyzn psychologów jest inaczej. Wszyscy mają wysuszone orzeszki jak w wierszu Szymborskiej, ale niestety nie w sercu. Serca mają wielkie. Za wielkie, więc nie podchodzę, bo czuję się jak słoń w składzie porcelany. Jeszcze są geje, ci co mają psiapsiółki jakoś się wtopią i to przeżyją. Ja bez psiapsiółek męczyłem się, męczę i będę męczył.

 

Więc co dalej z tymi psycho-mężczyznami… tak po czterdziestce jeden z tych zahukanych chłopaków nagle założy jakąś szkołę terapii i opracuje kolejną Teorię Wszystkiego. Nabierze jaj, poobnosi się z nimi, młode naiwne panienki-studentki się zlecą, złapią na lep, nawet wypromują. Jedna nawet mi opowiadała kiedyś o włosach łonowych profesorowa psychologii z Oxfordu. Spytałem udając głupiego, czy nie tylko na głowie ma loki. Loki są sexy - dodałem uzasadniając narzucające się zainteresowanie. 

 

W każdym razie, nigdy nie spotkałem ani jednej szkoły terapeutycznej założonej przez samych mężczyzn. To zawsze jeden z tych nielicznych i reszta to grono wyznawczyń. Młodsze są lepsze. Nic się nie zmieniło od czasu Freuda i Junga. Mimo, że mężczyźni to jakieś 10-15% w tym zawodzie, to prawie zawsze psychologowie, a nie - psycholożki,  zakładają szkoły terapeutyczne i z tymi orzeszkami “dominują” doroczne kongresy z obecnością obowiązkową.  

 

Zawsze jest ta sama sekciarska atmosfera, masa kobiet o różnym poziomie asertywności lub po prostu nie-odzywających-się-do-siebie i kilku kolesi z tymi orzeszkami oraz geje z psiapsiółkami. A ja tak sobie siedzę i patrzę. Bez psiapsiółki taki, powtarzam, że starość nie radość, ale uśmiech mam coraz szerszy. 

bottom of page