
W Dubaju, jest Dubaj i nic nie może się wydarzyć, nic! Mówię sobie, i to jeszcze w tranzycie. Znam to piętro premium terminala na pamięć, jak własną kieszeń. Tu się nic nie wydarza. Idziemy na piętro dla biznes, mówię dziecku, że nie mogę już wytrzymać, więc zamówię mu śniadanie i pójdę wziąć prysznic. Wychodzę po 15 minutach. Dzieciak ma nos upudrowany koksem, widzę z daleka i śmieje się ze mnie, że gówno wiem o Dubaju w tranzycie.
Mój Jedyny Narcyz
Zaburzenia osobowości narcystycznej widzi każdy wszędzie. Podobno, bo ja w ogóle nie widzę, a statystyki diagnostyczne w sumie utwierdzają mnie w moich obserwacjach. Tacy kliniczni narcyzi zdarzają się wyjątkowo rzadko. A żeby jeszcze zgłaszali się do psychologów, to w ogóle już kupy się nie trzyma. Tak rzadko, że w sumie przeciętny terapeuta, który wymądrza się o nich w mediach społecznościowych raczej nie miał szansy spotkać ani jednego. Za to ich ofiary są wszędzie. Bardzo narzekają, ja nie mam na co, więc zachowuję pogodę ducha.
Ale siędzie sobie na tej Wyspie na Pacyfiku w pracy i mam telefon. Że to ojciec pacjenta, że pacjent jest w drodze. Żebym dawał znać, co i jak, i żebym pamiętał, żeby nie odbierać przypadkowych telefonów od jego matki, jak teraz odebrałem przypadkowy telefon od przypadkowego ojca, którego syn ma być moim bardzo nieprzypadkowym pacjentem. Odpowiadam, że jestem zachwycony i pozdrawiam i idę na fajkę, bo nie mogę już tego znieść. Specjalny pacjent przyjeżdża w nocy samolotem z Honolulu. Specjalnego to on ma ojca, o czym opowiada bez końca, ale poza tym nic specjalnego. Wpisuję w kalendarz, pytam o dokumentację i historię choroby. Nic nie ma, wszystko zawsze każą niszczyć po wypisie, a leczy się od maleńkości. Luksusowe odwyki, ośrodki terapeutyczne i tutorzy z Oxfordu, którzy w wieku 15 lat nauczyli go prawie pisać w prywatnym odrzutowcu na Ibizę. Mogę o tym poczytać w jakimś brukowcu, więc czytam. Tam potwierdzają, że tutor był więc się uczył pisać, potem znowu zrobił zadymę imprezową na Ibizie. Czasem czyta, ale to trudno ustalić.
Od razu zbiera się grono pedagogiczno-terapeutyczne, że będzie oczywiście-trudny-taki-przypadek. Bardzo-narcystyczny pada częściej niż zwykle - notuję z zainteresowaniem. Amerykańscy terapeuci to naprawdę światowej klasy specjaliści od diagnozy narcyzmu. Więc trochę się zaniepokoiłem, że nie widzę tego narcyzmu, jak wszyscy wokół. Nie jestem Amerykaninem, więc mam prawo być głupi. Narcyz cały czas gada o tym jaki jego tata jest fajny. Potem czekamy dwa miesiące, żeby tata odezwał się, zainteresował i zapłacił rachunki. Tata przyjechał na tournée do Polski, więc postanowił w końcu się odezwać, ale tylko do mnie i tylko w nocy, na moją komórkę znowu. Tak, tak, zapewniam, że wszystko w porządku, że syn nadal żyje. Tak, tak, Polska jest naprawdę piękna. Zgadzam się. Tak, tak, mama dzwoniła, ale jak mi polecano zawsze odpowiadałem, że to pomyłka. Tak, tak, rozumiem. Potem dowiaduję się, że syn jest “uzależniony od kokainy od poczęcia”, że to “taka matka” i w sumie się zgadzam. Że leczenie ADHD u dziecka nienarodzonego to nie jest dobry pomysł. Zgadzam się, że tak, tak, kokaina to takie zioło z takiego drzewa. Że to natura, naturalne sposoby leczenia, ale po co tak wcześnie i na ADHD i tak nienarodzone to dziecko z nienarodzonym ADHD, bez żadnych testów na ADHD, że matka na pewno bardzo nieodpowiedzialna. Zapewniam, że wszystko będzie dobrze, bo takie już jest wszystko co robię.
Potem rano znowu grono pedagogiczne i grono terapeutyczne, że trzeba dzieciaka do dentysty z Chin, który akurat jest na Wyspie, bo już mu w ogóle zębów nie widać od tego ADHD i kokainy. Potem złamana ręka, bo takie kości po kokainie. Siedzę w tym szpitalu sponsorowanym i wybudowanym przez Chiny. Szpital jest zajebisty - przyznam. Szukam po całym świecie ojca, żeby podpisał zgodę na operację, że wszystko tak nagle, że trzeba działać. Ojciec ma znowu jakąś fazę, że nie odbiera od miesiąca, wiec sam podpisuję tę zgodę i muszę siedzieć i czekać, aż mu te łapy złożą i pospawają. Wszystko się udało, obudzony pyta się, czy już tata wie, ja że oczywiście, że wie. Ściskam dzieciaka terapeutycznie i idę spać, bo padam na ryja. W końcu ojciec odbiera, nie chce rozmawiać o złamaniu i operacji, przejęty, czymś ale nie rozumiem ani słowa, jest tak nawalony.
Potem znowu grona się zbierają i dyskutują, naprawdę dają w kość narcyzowi jak przystało dać w kość narcyzom. Zgłaszam mały taki skromny wniosek diagnostyczny. Mówię, że dzieciak ma niedorozwój umysłowy od tej kokainy od dziecka, dlatego taki głupiutki i pieprzy takie głupotki. Że najpierw diagnozujemy zaburzenia rozwojowe a dopiero potem patrzymy na osobowość, jeśli w ogóle jakaś jeszcze istnieje. Wywołuję krótką konsternację w amerykańskich specjalistach od toksycznego narcyzmu. Patrzą na mnie, wyczuwam pogardę, więc dodaję: dajcie spokój, to dzieciak i na dodatek głupol. Coś czuję, ze nikt nie będzie się do mnie odzywał przez kilka dni w pracy.
•••
Po miesiącach terapii takiego niedorozwiniętego narcyzmu mam dzieciaka odwieźć osobiście do domu. Do Anglii. Mam dopilnować, żeby nie wiadomo co się nie stało, bo to tak daleko, tyle przesiadek i wszystko nie wiadomo co może się wydarzyć. Oczywiście wszyscy mają na myśli wódkę i kokainę. Przesiadka w Nowej Zelandii, chłopak już zasypia na stojąco. Myślę, że będzie łatwo, ale muszę rozmawiać z personelem pokładowym, że on może pełnoletni ale niespełna rozumu i że żadnego alkoholu. Mały postój w Australii i potem już Dubaj. Nie zmrużyłem oka ani na chwilę, tylko pilnuję tego barku. W Dubaju, jest Dubaj i nic nie może się wydarzyć, nic! Mówię sobie, i to jeszcze w tranzycie. Znam to piętro premium terminala na pamięć, jak własną kieszeń. Tu się nic nie wydarza. Idziemy na piętro dla biznes, mówię dziecku, że nie mogę już wytrzymać, więc zamówię mu śniadanie i pójdę wziąć prysznic. Wychodzę po 15 minutach. Dzieciak ma nos upudrowany koksem, widzę z daleka i śmieje się ze mnie, że gówno wiem o Dubaju w tranzycie. Udaję, że myślę, że on tylko tak udaje, bo naprawdę lubię tę metodę wychowania. Nie przyjmuję do wiadomości swojej głupoty, więc dzieciak się uspokaja.
Lecimy dalej do Londynu. Przylatujemy, tata jest w obstawie, szofer i w ogóle. Wszystko w porządku, ale mówię, że muszę zasnąć w końcu. Zostawiają nas z dzieckiem daleko od Londynu i jego pokus, tak jakby to jeszcze miało jakieś znaczenie. Mówię dzieciakowi, że czas spać, wydaję dwie przepisane pigułki, żeby na pewno też poszedł spać. Próbuję spać. Budzi mnie telefon. To matka, która ma wiedzieć, że to zły numer. Pyta się gdzie dzieciak. Ja idę do jego sypialni. Nie ma go. Mówię, że oddzwonię, jak go znajdę. Słyszę, żebym do cholery w końcu robił za co mi płacą. Dzwonię do dzieciaka, ten wraca. Sprzedał na mieście pigułki i zamienił na butelkę wódki. Myślę, że może nie taki głupi, przedsiębiorczy. Ale jednak się nie wyspałem.
Potem ojciec przyjeżdża rano na posiadłość. Gramy w krykieta, a ja cały czas mylę grę z palantem, z grą w palanta, bo mylę go z ojcem, muszę przepraszać i poprawiać się. Potem woła nas służba, że pobił kogoś ze służby i zmusił szofera do wywiezienia go do Londynu. Nie mówię, że mówiłem, że tak będzie, żeby nie pogarszać sytuacji. Żeby nas po prostu zawieźli do sądu i złożyli wniosek o kuratelę nad niedorozwiniętym umysłowo. Ale nie mówię, że tak mówiłem, bo to nigdy nie pomaga. Mam czekać, aż szofer wróci i jechać za nim do tego Londynu. Gadamy sobie z tym szoferem, a on że to-taka-rodzina. Proszę szofera, żeby zatrzymał się na chwilę na Heathrow, bo niby przez pomyłkę wziąłem cudzą walizkę, że muszę zwrócić i odebrać swoją. Żeby poczekał 5 minut i zaraz wracam. Biegnę do odprawy, nadaję walizkę, kontrola paszportowa. Samolot do Amsterdamu jest zaraz, są wolne miejsca. Lot trwa jakieś 30 minut, w biznesie podają moją ukochaną pieczeń wołową, ale wyrwają zanim człowiek zdąży zjeść przed proszę-państwa-lądujemy. Ląduję w Amsterdamie, żeby pozbierać myśli nad tym, co dalej. Włączam telefon, wiadomość od szofera, pyta się gdzie jestem. Odpisuję, że utknąłem w jakiejś toalecie, że nie wiem, gdzie jestem i błagam o pomoc. Ten wysyła piąteczkę i że sam by tak zrobił. Mam kilka dni w Amsterdamie zanim muszę wrócić na Wsypę na Pacyfiku. Ale się wyśpię! Życie człowieka jest takie nieludzkie.
•••
Do dzisiaj czytam brukowce brytyjskie tylko po to, żeby śledzić losy dzieciaka z niedorozwojem kokainowo-narcystycznym. Miał kilka okładek, po tym jak wywalili go z każdego reality-show. Swój chłop - myślę za każdym razem.